Jest na Facebooku taka aplikacja „GoodReads”, spełnia ona
podobną funkcję do naszej rodzimej „biblioNETki”, czy portalu „LubimyCzytać” –
możesz oznaczać w niej przeczytane książki, oceniać, recenzować, a także czytać
opinie innych użytkowników. Ma ona jednak jeszcze jedną ciekawą funkcję –otóż
możesz ustawić sobie całoroczne wyzwanie dotyczące ilości książek, którą
zakładasz, że przeczytasz w danym roku.
Moim wyzwaniem na 2014 jest 50 książek. Udało mi się
przeczytać już jedenaście:
Wczoraj:
Erich Segal – „Absolwenci”
Marzec
2014:
Jordan
Belfort – „Wilk z Wall Street”
Tess Gerritsen – “Autopsja”
Zbigniew Lew Starowicz – “O rozkoszy”
Luty 2014:
Tess
Gerritsen – „Grzesznik”
Tess
Gerritsen – „Skalpel”
Tess
Gerritsen – “Sobowtór”
Dean R. Koontz – „Drzwi do grudnia”
Henning Mankell – „Włoskie buty”
Styczeń 2014:
John Le Carre – „Zdrajca w naszym typie”
Erica Spindler – „Koszmary przeszłości”
Jak widzicie, moją listę zdominowały kryminały, a to
dlatego, że w najbliższym czasie zamierzam zrecenzować całą serię książek Jane
Rizzoli/Maura Isles autorstwa Tess Gerritsen.
Trzymajcie kciuki za pozostałe do końca wyzwania 39 książek! I oczywiście polecam Wam wszystkim Goodreads ;)
Wyobraźcie sobie taką migawkę: świst powietrza, w którym zamiast tlenu unosi się kokaina i wpada wprost do poranionych dziurek od nosa. Dźwięk tabletek wypadających z cichym pyknięciem na otwartą dłoń i wpadających prosto do gardła, niemal jak przy podaniu piłki zaraz przed strzeleniem gola. Ale takiego gola z prawdziwego zdarzenia- z wybuchem euforii na końcu. Teraz wyobraźcie sobie te czynności w zapętleniu, powtarzane przez 6 kolejnych lat, aż do wciśnięcia przycisku "pauza".
Do całego obrazka dodajcie parę ładnych piersi odbijających się śmiało od owłosionego torsu, grono krzyczących ludzi, wiwatujących na Waszą cześć. Wyobraźcie sobie parę okrąglutkich zer na swoim rachunku i co jakiś czas do tej wizji domalowujcie kolejne. Wyobraźcie sobie dotyk egipskiej bawełny na Waszej skórze zaraz po przebudzeniu i wszechobecne napięcie. Napięcie takie, że rozwala czaszkę od wewnątrz.
Udało Wam się? Gratuluję, już prawie weszliście do świata Wilka z Wall Street.
Nie ukrywam, że zanim przeczytałam książkę, udało mi się zobaczyć film. Scorsese wspaniale zekranizował tę autobiografię, jednak nic nie oddaje klimatu zwierzenia, jakim raczy nas Belfort na łamach swojej opowieści. Relacja jest zupełnie pozbawiona nieszczerości i fałszywej skromności. Autor opowiada o wszystkich swoich słabościach z niekrytą dumą i bez cienia krytyki. Ukazuje cynizm i wyrachowanie w najczystszej postaci, nie zatrzymując się ani na chwilę.
Belfort musi być naprawdę odważnym człowiekiem, skoro nie boi się opisywać całej swojej brzydoty bez zbędnego zakłopotania.
Mam nadzieję, że nie zniesmaczę znawców literatury twierdząc, iż Wilk zaproponował nam wariację na temat barokowego turpizmu. W książce jest bardzo dużo seksu, pieniędzy, przedmiotów, uczuć, ale wszystkie te zjawiska są zaskakująco brzydkie. Mimo wszystko, tworzą jednak ze sobą mozaikę niezwykle charyzmatyczną. W powieści takiej jak ta jest coś z brukowca (jak mówi okładka) ale jest też w niej dużo subtelnej szlachetności - rzec można: "trochę porno, trochę wysoka kultura".
Główny bohater nie jest "pierwszym lepszym, któremu się poszczęściło", nie jest przypadkowym spadkobiercą sukcesu. Poprzez wrodzoną inteligencję i spryt, a także zdolność przetrwania w najgorszych sytuacjach, zdobywa patent na sukces. Jest młody, przystojny, obrzydliwie bogaty i obrzydliwie dysfunkcyjny. Ma manię wielkości i przerost ego. Ocenia ludzi poprzez proste kryterium - czy może im zaufać, czy nie, a jeśli odpowiedź jest twierdząca- owija ich sobie wokół palca i korumpuje ich niezależność.
Jordan Belfort
Mimo tak wielu negatywnych cech, Belfort budzi jednak sympatię- dręczą go demony całkiem podobne do demonów innych ludzi. Jest spragniony miłości, potrzebuje akceptacji, chce by go podziwiano i adorowano, a to przecież uczucia tak bardzo bliskie każdemu człowiekowi. Poza tym, nie ma się co oszukiwać -miło jest brodzić we wspomnieniach osoby, która prowadziła życie tak barwne, że ciężko zmieścić jego treść na łamach pięciusetstronicowej powieści. Pewnie dlatego powstała część druga spowiedzi o tytule "Polowanie na Wilka z Wall Street"...
Postać Jordana Belforta, postać z krwi i kości, daje czytelnikowi inspirację do zastanowienia się nad własnymi słabościami. Popycha również do zadania sobie ważnego pytania: "kim ja w ogóle jestem, by oceniać tego człowieka? Może, gdybym prowadził życie takie jak on, postępowałbym podobnie?"
Przecież był tylko młodym człowiekiem w morzu pieniędzy. W czasach, w których pogoń za pieniądzem stała się sensem życia dla wielu osób, świadectwa takie jak autobiografia Wilka są potrzebne po to, by na chwilę przystanąć. I może niekoniecznie rezygnować z tej pogoni, ale zdać sobie chociaż sprawę z niebezpieczeństw, które towarzyszą "gonieniu króliczka".
Książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Początkowa maniera autora może trochę drażnić, ale wraz z rozwojem treści książki zaczyna podkreślać jej charakter. Polecam wszystkim, którzy poczuli się zaczepieni przez Belforta w ekranizacji "Wilka z Wall Street", jak również tym, którzy z typami spod ciemnej gwiazdy nie mają w ogóle do czynienia. Czym jest bowiem życie bez odrobiny pikanterii?
Kiedy spojrzałam na okładkę książki "Włoskie buty" nie zdołałam się opanować. Lubię monochromatyczne barwy i monochromatyczne pisanie, a taka właśnie jest ta książka. Spokojna, dojrzała, dostojna. Chociaż czasami metafory i "zdania-cytaty" są nieco przesiaknięte moralizatorstwem to i tak książkę czyta się z lekkością.
Henning Mankell zasłynął serią kryminałów o Kurcie Wallanderze, jednak moim zdaniem, to nie te dzieła zasługują na szczególną uwagę. Styl pisarstwa Mankella we "Włoskich butach" przypomina miejscami atmosferę z filmu Ingmara Bergmana "Tam, gdzie rosną poziomki". Z niejakim zdziwieniem i rozbawieniem przyjęłam informacje o tym, że żoną Mankella jest córka wybitnego reżysera. Przypadek? Nie sądzę;) Fabularnie te historie nie mają ze sobą za dużo wspólnego, ale siła szwedzkiego spokoju przebija z tych dwóch wyrazów artystycznych z jednakową mocą.Co do zasady jest chłodno, ale miejscami faktycznie rosną poziomki.
Pisanie o starości i przemijaniu wymaga od autora zrozumienia tematu, a oprócz tego, moim zdaniem, również doświadczenia. Wtedy z pisania wyziera naturalizm, który ujęty w prostej formie, jest dla mnie najwyższą rozkoszą literacką. "Włoskie buty" nie są może aż tak ambitne jak "Żar" Sandora Marai'a, ale niosą ze sobą pewnego rodzaju ładunek emocjonalny, który wzbogaca czytelnika o ciekawe przemyślenia. Głowny bohater stawia sobie istotne pytania: jak dużo czasu mu jeszcze zostało? Czy warto zmieniać cokolwiek w swoim życiu, które jest juz przecież tak dobrze poukładane? Czy jest sens burzyć spokój, tak misternie układany w samym sobie przez większość życia? I wreszcie - czy konfrontacja z błędami przeszłości może mi coś dać, cokolwiek uświadomić, albo poprawić mniemanie o sobie?
W książce pojawia się bardzo ciekawa koncepcja przełamania- moment w którym główny bohater decyduje sie na opuszczenie swojej wyspy i wyruszenie w podróż. Nie traktuje tego jak przygody- wyjeżdża wlaściwie dlatego, że nie ma nic ciekawszego do zrobienia i też trochę dlatego, że ma wyrzuty sumienia względem Harriet- jego dawnej miłości. Wyrusza zatem rozklekotanym wozem w długą drogę, która rozpala w nim reminiscencje jeszcze przez długi czas już po jej zakończeniu.
Powieść jest w połowie retrospektywna ale dzięki temu zaskakująca. Pokazuje jak bardzo mozna zmienić swój cały świat przez jedną decyzję, jeden płacz, jeden list i jedną chwilę zmęczenia.
Bardzo polecam na długie zimowe wieczory, a dla wielbicieli tej tematyki polecam również "Wiek żelaza" J.M. Coetzee'go
Jako, że w lecie pozwalam sobie na czytanie "lekkich" lektur, postanowiłam stworzyć listę najlepszych kryminałów, które polecam Wam do poczytania w wolnej chwili, na leżaku, na kanapie i nad jeziorem.
Nie znajdziecie tutaj sagi Millennium, bo wiadomo, że jest super i każdy to już czytał. Przedstawiam jednak może trochę mniej znane pozycje, jednak bezsprzecznie zasługujące na uwagę miłośników powieści kryminalnych i thrillerów.
1. "Krucyfiks" - Chris Carter - to znakomity, trzymający w napięciu do ostatniej strony kryminał. Bardzo ciekawie prowadzony wątek, różne warianty śledztwa, zaskakujące zakończenie. Książka o seryjnym zabójcy i zagadce, która łączy kolejne zbrodnie w sposób bardzo efemeryczny i trudny do uchwycenia. Klasa!
2. "Zabójczy miesiąc miodowy" - Ronald E. Bowers, Don Lasseter - to powieść z serii "Prawdziwe zbrodnie" i pewnie dlatego tak bardzo ciekawa. Ciekawa pozycja nie tylko dla mściwych i chciwych kobiet, ale i przestroga dla ufnych mężczyzn ...:)
3. "Niewierni" - Vincent V. Sewerski - to druga książka tego autora, jeszcze lepsza niż debiut ("Nielegalni"). Nie znajdziecie chyba kiepskiej recenzji tej książki, więc nie pozostaje nic innego jak tylko ją polecić! Uwaga, jest bardzo wciągająca :)
4. "Bez śladu" - Barclay Linwood - typowy janusz kryminału. Co tu dużo
pisać - bardzo ciekawa powieść o idealnej gradacji napięcia, z ciekawym zakończeniem. Może narracja i język nie są porywające, ale historia, gwarantuję, nadrabia te braki.
5. "Śmierć w Breslau" - Marek Krajewski - kolejna polska pozycja w zestawieniu. Gratka dla miłośników stylu retro, bowiem akcja rozgrywa się w przedwojennym Wrocławiu. Jest to pierwszy tom serii z Eberhardem Mockiem, a z tych, które do tej pory przeczytałam, moim zdaniem, najlepszy.
6. "Naśladowca" - Erica Spindler - kolejny typowy janusz kryminału, bestseller New York Times i faktycznie zupełnie ciekawa powieść. Polecam wszystkim, którzy mają czas "łyknąć" książkę, bo bardzo wciąga i dopóki nie rozwikłasz zagadki, ciężko będzie oderwać się od lektury.
7. "Chirurg" - Tess Gerritsen - tę autorkę ogólnie zawsze czyta mi się bardzo szybko, miło i przyjemnie. Nie inaczej jest w przypadku książki pt. "Chirurg", która naprawdę nieźle trzyma w napięciu.
8. "Judaszowe dziecko" - Carol O'Connell - to kryminał, który przeczytałam całkiem niedawno- ciekawa fabuła, wielowątkowość, dużo bohaterów. Trochę za mało napięcia, trochę za długa, ale całokształt jak najbardziej na 'tak'.
9. "Wenus w sieci" - M.J. Rose - tym razem co nieco o pornografii w internecie, czyli temat na czasie w kontekście ostatnich pomysłów premiera Camerona:)
10. "Zatrute pióro" - Agatha Christie - a to już zupełna klasyka. O stale obecnym problemie anonimowości, która umożliwia niszczenie życia innym bez ponoszenia konsekwencji. W sam raz na sierpniowy poranek.
„Chustka” to zapis niecałych trzech lat zmagań z chorobą
nowotworową. Joanna, tytułowa „Chustka”, to postać niebanalna, bardzo silna i
niezwykle ujmująca. Mimo tego, że są wakacje i z reguły nie lubimy sobie psuć
nastrojów takimi trudnymi tematami, ja postanowiłam tę książkę przeczytać i co
nieco o niej napisać. Nie chcę dokonywać jakiejś wiwisekcji, ale przeczytałam
ją z powodu mojej mamy, która 14 lat
temu pokonała chorobę nowotworową i bardzo, bardzo się cieszę, że jest teraz ze
mną.
„Chustka” to książkowa forma bloga prowadzonego przez Joannę
od pierwszego dnia jej choroby- a właściwie od dnia, w którym dowiedziała się o
niej, aż do końca jej zmagań z rakiem. Ta historia bardzo do mnie przemówiła, ponieważ bliskie są mi opisywane przez nią lęki i problemy.
W tej książce
jest przede wszystkim prawda. Prawda, którą przekazywała mi mama i prawda, którą staram
się odświeżać, rozumieć na nowo
Joanna była fighterką, a jej przekaz jest prosty- trzeba
cieszyć się z życia i chłonąć każdą z chwil. Może to truizm (Joanna sama śmieje
się, ze pobrzmiewa w niej Paolo Coelho), ale nie zmienia to faktu, iż nie każdy uświadamia sobie znaczenie tych słów. Oczywiście -praca, nauka, dzieci, dom- to wszystko ustawia człowieka bardzo daleko od problemów innych osób, nie pozwala na filozofowanie, bo czas płynie przecież strasznie szybko. I właśnie dlatego powinniście przeczytać tę książkę.
Życie Joanny „z rakiem w tle” nie jest historią o cierpieniu
i bólu. Jest historią o miłości i to historią, która rozrywa serce. Opowiada o
umiłowaniu Syna, Niemęża (jak żartobliwie określa swojego partnera), Babci,
kota i czterech ścian. Opowiada o
nieustannej walce, z której wielu by zrezygnowało. I o byciu kobietą z
ambicjami, własnym zdaniem, a także twardymi argumentami na jego poparcie.
Joanna (autorka) dużo myślała o śmierci, ale pisała o niej dość lekko,
często ironicznie. Każdy jej wpis to mały krok w jej kierunku, a mimo
to ze stron książki tchnie olbrzymi optymizm i odwaga, która motywuje do poważnego
wzięcia się za własne życie. Ta opowieść o nieustających badaniach, powikłaniach, spadkach hemoglobiny
i upadkach psychicznych poprzeplatana jest zabawnymi anegdotami z codziennego
życia, czasem irytacją, drobnymi złośliwościami i tzw. maksimum w minimum.
Jedyne, co nie do końca do mnie przemawia, to wątki "zen" wplatane w historię, ale cóż, wynika to wyłącznie z różnych poziomów
wrażliwości- mojej i Joanny.
Nijak nie mogę wypowiedzieć się o języku, o stylu, czy też
zaletach i wadach książki, bo tych elementów w niej nie zauważyłam. Po prostu,
czytając tę powieść, zwracałam uwagę na inne kwestie. Na spojrzenie drugiej
strony- tej chorej na raka, a nie dziecka nieświadomego powagi sytuacji. Gdy mama była chora, dziwiłam się, ze jest
ogolona prawie na łyso i skarżyłam przez telefon, że dziadek każe mi jeść
zalewajkę, a ja nie lubię zalewajki i fajnie by było, gdyby mama już
przyjechała z tego szpitala i zabroniła dziadkowi dawania mi tej zupy. „Chustka”
opowiada o tym jak to wygląda z punktu widzenia osoby dotkniętej tą chorobą- osoby, która prawdziwie docenia chwile. Każdy moment kolekcjonuje, zachowuje w pamięci i wspomina.
Przecież nie samymi zmartwieniami człowiek żyje, nie da się nimi karmić, tak by
nie zwariować. Joanna pokazuje to w swoich notkach, których realizm trochę
konfunduje, ale sprawia, ze czujemy się do granic realnie.
Dzięki opowieściom mojej mamy, a także mamy kogoś innego,
czyli „Chustki”, dużo zrozumiałam i dużo się nauczyłam – przede wszystkim tego, że trzeba się badać. Ale również tego, że opieka, towarzystwo i miłość
bliskich to najpiękniejsza celebracja życia pod Słońcem.
Po długiej przerwie, spowodowanej sesją egzaminacyjną i
podjęciem wakacyjnej praktyki, wracam do blogowania. W dzisiejszej notce
przedmiotem oceny będzie krótka powieść Charlotte Roche pt. „Wilgotne miejsca”.
Jest to pierwsza książka tej autorki i jakkolwiek interpretowana i rozumiana,
może być określona przede wszystkim słowem „kontrowersyjna”.
„Wilgotne miejsca” zaczynają się od szokującego wyznania: „Odkąd
sięgnę pamięcią, mam hemoroidy.” Już parę stron później główna bohaterka
deklaruje, że „ u mnie dupa wyraźnie należy do seksu, podlega nowoczesnemu
przymusowi golenia, tak jak cipka, nogi, pachy, okolica górnej wargi, wielkie
palce u nóg razem z grzbietami stóp”.
Już po tych kilku zdaniach można stwierdzić, iż książka w sposób bardzo
dosadny traktuje o cielesności ludzkiej, seksualności, ale również o problemach
psychicznych i podejściu do życia.
Powieść Charlotte Roche, mimo wulgarnego języka, nie jest
jedynie prowokacją. Autorce bowiem udało się stworzyć powieść dwupłaszczyznową –
zawierającą zarówno swoisty przekaz, jak i środki wyrazu, które na pewno nie
spotkają się z obojętnością wśród czytelników.
Moim zdaniem, aby książka była
dobra, język którym została napisana musi być bez zarzutu. Musi być piękny. W
przypadku „Wilgotnych miejsc” mam jednak spory problem z moim puryzmem
językowym. Z jednej strony nagromadzenie wulgaryzmów jest tak duże, że aż razi.
Jednakże patrząc na tę kwestię z perspektywy poruszonych przez nią problemów,
tenże zabieg jest (niestety) całkowicie uzasadniony. Hemoroidy, depilacja waginy, zawody miłosne, seks analny- to
przecież całkowicie ludzkie sprawy. Paradoksalnie jednak bardzo oddalone od
jakiejkolwiek analizy. Oczywiście, faktem jest, że pewnych tematów tabu lepiej
nie odczarowywać, chociażby ze względu na poczucie estetyki… Jednakże jeżeli
ktoś, właśnie dzięki tym tematom może opowiedzieć coś ciekawego- to dlaczego
nie?
Bohaterką „Wilgotnych miejsc” jest Helen Memel, typowa
dziewczyna z problemami, buntująca się przeciwko całemu świata, pewnie ładna, a
na pewno kontrowersyjna. Zwolenniczka seksu, przeciwniczka higieny. Postać
balansująca na krawędzi rozpaczy i absurdu. Autorka stworzyła ją jako kobietę nieco oderwaną od rzeczywistości, o
konturach na stale wpisanych w powieść,
jednak nie tracącą przez to ani krztyny ze swej wyrazistości.
Helen, leżąc na szpitalnym łóżku, dokonuje swoistej wiwisekcji.
Prawdę mówiąc, czytając te wyznania, człowiek czuje się jak bohater obrazu „Lekcja
anatomii pana Tulpa”, jednak to nie wszystko, co można powiedzieć o uczuciach,
które towarzyszą lekturze . Można bowiem odnaleźć w niej również bezbrzeżny smutek
i uczucie beznadziei. Bohaterka powieści czuje się niekochana i
niepotrzebna, a przykre incydenty z przeszłości zaburzają jej dobre
samopoczucie i „normalne” postrzeganie świata. Przez te przeżycia Helen staje się karykaturą samej siebie i desperacko próbuje stworzyć nową postać, która lepiej poradzi sobie z otaczającymi ja problemami.
Powieść Charlotte Roche ma jedną, niepodważalną zaletę –
czyta się ją jednym tchem. Jest odpowiedzią na zapotrzebowanie sensacji
literackiej i analizy problemów dziecka pochodzącego z rozbitej rodziny. Temat
może i banalny, ale ujęty w ciekawą formę i całkiem trafnie zinterpretowany.
Polecenie tej książki może okazać się błędem , bo nie jest
to powieść dla każdego. Biorąc pod uwagę ilość wulgaryzmów widniejących w
książce, chciałoby się rzec, ze należy czytać „Wilgotne miejsca” z zamkniętymi oczami,
ale szeroką otwartą głową.
Charlotte Roche
Moja ocena to 6/10
PS Ostatnie zdanie miało kończyć się tak, jak ciało
człowieka- nogami.
Jest taka piosenka zespołu Iron Maiden, przypadkowo
zatytułowana „Rainmaker”, która zaczyna się od słów:
„When I was
wandering in the desert
And was
searching for the truth
I heard a
choir of angels calling out my name
I had the
feeling that my life would never be the same again
I turned my
face towards the barren sun”*
Moim zdaniem te słowa znakomicie oddają sens i duszę
powieści George’a Grishama, jeżeli nie najlepszej, to na pewno jednej z
lepszych. Nazywanie Grishama idealistą to bardzo delikatne określenie. Parę
tygodni temu mój kolega napisał w komentarzu na Facebooku, że „Grisham tworzy
nadludzi”. W „Rainmakerze”to stwierdzenie znajduje znakomite odzwierciedlenie,
ale właściwie nie ma w tym nic złego. Książka ma bardzo ciekawy przekaz, jest
doskonałą odpowiedzią na sytuację w USA w połowie lat 90, a ponadto „nadludzkość”
głównego bohatera daję nadzieję na to, że każdy może takim „nadczłowiekiem”
zostać. Mimo tego, iż bohater powieści jest zwykłym szaraczkiem wśród prawników,
potrafi zebrać w sobie motywację, wiedzę i zmierzyć się z gigantem, z którym praktycznie
nie ma szans. A jednak…
Rainmaker to powieść niemalże czterystustronicowa,
wielowątkowa i zbudowana według starej i dobrej gradacji napięcia. Główny wątek
w powieści rozwija się powoli, ale z kolejnymi stronicami nabiera rumieńców i
powoduje prawdziwe utożsamienie uczuć czytelnika z uczuciami bohaterów
powieści. Osią powieści jest Rudy Baylor – młody prawnik, który przygotowuje
się do końcowego egzaminu adwokackiego i próbuje odnaleźć się w prawniczej
społeczności Memphis. Jego „start” nie należy do najłatwiejszych, gdyż palestra
jest w tych kręgach bardzo hermetyczna i trudno jest o jakąkolwiek pracę. Rudy,
po wielu porażkach, w końcu zakłada kancelarię z Deckiem- mężczyzną po
przejściach, bez uprawnień adwokackich i z kiepsko wykształconym kręgosłupem moralnym.
Mimo tych przeciwieństw, Rudy’emu udaje się złożyć pozew w sprawie odmowy
udzielenie pieniędzy na przeszczep szpiku kostnego przez jedną z firm
ubezpieczeniowych. Oprócz tego wątku, powieść zawiera bardzo wiele innych,
które dodają powieści kolorytu i budują bogatą fabułę.
W powieści można odnaleźć wiele ciekawostek dotyczących
amerykańskiego systemu common law, rozwiązań prawnych i możliwości procesowych.
Dla wszystkich zainteresowanych prawem w wersji soft jest to bardzo ciekawa
alternatywa wobec opasłych ksiąg pełnych nudnych przepisów.
Kolejną zaletą powieści jest sam tytuł- moim zdaniem
genialna metafora młodego człowieka o pozornie małych możliwościach, zdolnego
rozpętać prawdziwą burzę w potężnym systemie ubezpieczeń.
Nie mogę oczywiście nie wspomnieć o minusach powieści, bo
byłoby to troszeczkę niesprawiedliwe. Otóż, Rainmaker ma mało satysfakcjonujące
zakończenie. Frapujące i w sumie całkiem dobre, ale bardzo nieprawdopodobne.
Nie chcę jednak zdradzać fabuły, więc krytykę tej kwestii pozostawię w
zawieszeniu.
Inną wadą jest wątek miłosny, który pojawia się w
nieodpowiednim momencie powieści pozostawiając nutę niesmaku i wyraźną rysę na
fabule. Widać niestety, iż jest on nieco wymuszony, niedopracowany i trochę
trąci dramatyzmem w stylu taniego Harlequina. Grisham zdecydowanie powinien
pozostać w tagach „prawniczy”, „dramat sądowy” i „doskonałe”, a nie „średnie”, „jęczenie
dla gospodyń domowych”, zatem lepiej, by wątki miłosne pozostawić w rękach Danielle
Steel.
Kwestią, którą warto poruszyć przy okazji
analizy tej książki jest potrzeba sprawiedliwości. Jeżeli prawo ma wypełniać tę
funkcję, to jego łamanie powinno być kategorycznie piętnowane, bez względu na
kwestie ekonomiczne, czy też emocjonalne. To jest właśnie piękno prawa - dąży
do sprawiedliwości, czyli do jednej z podstawowych części tożsamości człowieka.
Cieszę się, że Grisham w każdej ze swoich książek, a szczególnie w Rainmakerze,
zwraca na to uwagę. To dla mnie, jako studentki prawa, bardzo istotny powód do
czytania jego kolejnych powieści.
Ogólna ocena powieści to 8/10.
A poniżej "Rainmaker" Iron Maiden z cudownym tekstem:
*(Autor
tekstu: Bruce Dickinson,Dave Murray
Tłumaczenie:Kiedy błąkałem się na pustyni i szukałem prawdy
"Usłyszałem chór aniołów wywołujących moje imię.
Miałem uczucie, że moje życie już nigdy nie będzie takie
samo jak przedtem.